RSS
 

Archiwum - Maj, 2014

List do Prezydenta

24 maj

  rulonOrganizowana jest następna akcja wysyłania listów, tym razem do Prezydenta RP, w których zwraca się uwagę na krytyczny stan zabytków Dolnego Śląska oraz prosi się o interwencję w tej sprawie. Podobna akcja miała już miejsce w 2011 roku, kiedy to wysyłaliśmy listy do starostów powiatów i żądali interwencji w sprawie niszczejących, konkretnych zabytków. Ogólnie rzecz biorąc – efekt z tego żaden. Kilka ogólnikowych odpowiedzi i koniec. Również brak chętnych do wysyłania listów.
   Po tej akcji na facebooku powstały grupy, które skupiają po kilkaset osób i w każdej z nich co jakiś czas powstaje nowy pomysł, który kończy się zaraz po wpisie. Niestety tak funkcjonują takie grupy. Zastanawiam się po co ludzie wstępują do nich jeżeli ich dany temat nie interesuje. Nie uwierzę, że ktoś kto należy do 300 grup, po pierwsze pamięta gdzie wstąpił a po drugie potrafi coś napisać (oczywiście z sensem) na dany temat. Rekordzisty nie mogłem dodać do swojej grupy gdyż wyświetlił się napis, że jest już w tylu grupach i aby wstąpić do nowej musi z którejś zrezygnować. Dziecinada. Oczywiście jako twórca danej grupy mogę takich osób nie dodawać ale nie ma pewności, że może dla niej to właśnie ten temat. Poza tym w każdej takiej „gromadce” czynnie bierze udział około 10% należących do niej osób. Reszta tworzy wielkość danego zgrupowania i chyba, dla niektórych to chyba właśnie ta ilość (czym więcej członków to lepsza grupa) ma główny wpływ na wstąpienie tam. Zastanawiam się, czy co roku nie robić „remanentu” i nieaktywnych „grupowiczów” po prostu usuwać. Bo chyba lepsza jakość niż ilość.

  Ale wracając do głównego tematu postu. Jak pisze jeden z jej organizatorów każdy sposób jest dobry i każdy trzeba wykorzystać aby zwrócić uwagę na ten ważny dla kraju temat. Lecz czy takim sposobem osiągnie się jakiś sukces? Jeżeli od tylu lat rząd (obojętnie kto jest u władzy) nie potrafi poradzić sobie z takimi tematami jak np. służba zdrowia czy emerytury, które to tematy dotyczą chyba wszystkich z nas, to jak można liczyć na to, że nasi rządzący będą sobie zawracać głowy, jak to gdzieś wyczytałem „starymi ułożonymi jeden na drugim kamieniami czy cegłami i to w dodatku niemieckimi”. Nie była to wypowiedź osoby z urzędu ale pokazuje jak niektórzy z nas podchodzą do tematu zabytków. Spychacz i po kłopocie.

   Uważam, ale zaznaczam, jest to tylko moje zdanie, że w takiej sytuacji nie ma co liczyć na to aby wysyłane listy, nawet jeżeli to zrobi kilka milionów Polaków wpłynęły na poprawę losu niszczejących zabytków. Odpowiedź Prezydenta według mnie będzie mniej więcej taka „dziękuję za obywatelską postawę i  zwrócenie uwagi na ten temat, poinformuje o tym odpowiedzialnego za to ministra, zobaczę co da się zrobić ble, ble, ble itp”. I na tym koniec i sprawy i zabytków. Dlatego też wskazane było by powołanie do życia jakiejś organizacji, wzorującej się na podobnych działających na zachodzie, której zadaniem było by między innymi pomoc niszczejącym obiektom, ich właścicielom, działalność gospodarcza, reklamowa i oświatowa. Jej trzon tworzyły by osoby mieszkające na danym terenie, znające go doskonale, jego potrzeby i zabytki. Do czasu zorganizowania się ich praca była by niejako społeczna lecz później, aby dobrze ją wykonywać (większość  jej powinna  być w terenie niż za biurkiem) osoby takie powinny brać za nią pensje. Nie da się takiej pracy wykonywać wieczorami „po godzinach”. Kto konkretnie powinien być zatrudniony (prawnik, architekt itp.) to jest do przemyślenia.
   Równie ważne było by aby organizacja taka skupiła w „swoich rękach” obiekty czy to na zasadzie np. darowizny lub dzierżawy od gminy, państwa albo osoby prywatnej. Zarządzanie wtedy jest dużo łatwiejsze gdy wiemy gdzie, co i kiedy trzeba zrobić.
   Inną ważną sprawą jeśli nie najważniejszą jest poszukiwanie sponsorów w kraju jak i za jego granicami.
Oczywiste jest, że potrzebna będzie współpraca z organami państwowymi i lokalnymi, innymi organizacjami krajowymi i zagranicznymi itp. Może zainteresowani współpracą na zasadzie doradztwa były by osoby z naszych grup facebookowych.

Za stworzeniem takiej organizacji przez osoby prywatne przemawia kilka spraw:
– interesowanie się ochroną zabytków i prawdziwa chęć pomocy w ich ratowaniu,
– niezależność od polityki i polityków,
– łatwiejszy kontakt z innymi organizacjami, fundacjami oraz osobami prywatnymi,
– lepsze zarządzanie konkretnymi obiektami,
– większa elastyczność w działaniu.
Pewnie znaleźć można jeszcze kilka innych „za”, natomiast jeżeli są jakieś „przeciw” to może się okazać, że właśnie wróciliśmy do punktu wyjścia czyli obecnej sytuacji – „dno i wodorosty”.

  Jestem także przeciwny aby taką organizację powołało Państwo, gdyż powstanie jeszcze jeden twór urzędniczy, zatrudniający ogrom ludzi nic nie wnoszących do sprawy a pomagający głównie swoim „kolesiom” z terenu mającym takie obiekty. Właśnie na Dolnym Śląsku, oczywiście nieoficjalnie, coś takiego działa i funkcjonuje. Jedni remontują, działają i nimi zachwycają się władze i media, a drudzy w pobliżu skazani są na powolne zniszczenie. Bo zagrażającą konkurencje trzeba zniszczyć nie patrząc na nic. Mając jeszcze poparcie „u góry” wydają się być bezkarni.

  Jak już wcześniej zaznaczyłem jest to wyłącznie moje zdanie i spostrzeżenia na temat co zrobić aby jednak móc ochronić niszczejące stare budowle, których w naszym kraju a szczególnie na Dolnym Śląsku jest bardzo dużo. Jest to tylko ogólny pomysł, który w każdym punkcie wymaga szczegółowych opracowań i oczywiście nie wyczerpuje całego zagadnienia. Są niestety rzeczy, których sami nie zmienimy np. obowiązujące prawo. Ale od czegoś chyba trzeba zacząć i to szybko bo nie długo pozostanie wydanie pięknego albumu ze zdjęciami BYŁYCH zabytków. I koszt edycji na pewno będzie dużo mniejszy niż ich remontów.

A oto odpowiedź z prezydenckiej kancelarii. Chybia nie wiele się pomyliłem przewidując jej treść.

Odpowiedź_od_Prezydenta

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Różne akcje

 

Zamki kresowe a tatarskie szlaki

07 maj

  Budowa zamku w wieku XV czy XVI na Kresach wschodnich nie była pokazaniem swojego bogactwa lecz koniecznością. Czasy były tak niepewne, że nie wiadomo było co może się wydarzyć w nocy lub na drugi dzień. Czy napadnie na nas skłócony sąsiad, wałęsające się różne grupy rozbójników, czy może Tatar lub Turek chce powiększyć swój majątek naszym kosztem i „odwiedzi” nas z zaskoczenia.

  Można więc zadać pytanie – po co było przenosić się w tak niepewne i niebezpieczne strony. Otóż powodów było kilka. Panowie szukali wielkich fortun, szlachtę „nęciła zarówno żyzna gleba jak i harce z Tatarami” a lud zbiegał tłumnie po wolność, której w starych województwach Rzeczpospolitej miał coraz mniej uciskany różnymi obowiązkami. Byli i tacy, którzy ziemie dostali od króla za różne zasługi, najczęściej wojenne. Królowie polscy nadawali ziemie początkowo za jakieś zasługi lecz nigdy nie były to tzw, królewszczyzny lecz grunta leżące odłogiem, niezagospodarowane, pustkowia czy opuszczone. W późniejszym okresie zasługa przestała być tytułem do nadania i posiadania dóbr koronnych i wtedy zaczęli osiedlać się na nich różni „niezasłużeni”, którzy brali na własność opustoszałe tereny. Aby szybciej zaludnić okolicę królowie pozwalali na zakładanie prywatnych miast, które wyrastały „jak grzyby po deszczu”. Największą jednak zachętą było obwoływanie „swobody” czyli bardzo długiego 20-to lub 30-to letniego zwolnienia od wszelkich danin i obowiązków. Zachęcano także przyszłych osadników nadzieją bezkarności czyli obietnicą obrony od wszelkich prześladowań prawa, nawet gdy chodziło o najcięższe zbrodnie. Nowo powstające miasta dostawały na pewien czas różne ulgi i przywileje przez co ludzie chętniej się w nich osiedlali a czym było ich więcej tym szybciej wzrastał majątek ich właściciela a później i państwa. Lecz aby móc spokojnie i bezpiecznie funkcjonować potrzebna była skuteczna obrona miasta i ludności. Otaczano więc miasta obronnymi wałami, palisadami, fosami a także stawiano w nich lub pobliskiej okolicy zamek. Prawie każdy z nich otoczony był wsiami, osadami na prawie wojennym, dożywotnim czy wieczystym dzierżawionymi przez szlachtę lub bojarów. Ich obowiązkiem było utrzymanie i obrona zamku, występowanie zbrojnie na każde wezwanie starosty czy wojewody, wysyłanie w pole straży i czat. Taki system obrony na Litwie nosił nazwę bojarszczyzny.

  Jak już pisałem w jednym z wcześniejszych postów kresowy zamek była to zazwyczaj budowla drewniana, mająca swoje odrębne obronne zabezpieczenia i w razie napadu mogąca dać schronienie okolicznym mieszkańcom. W kresowych zamkach mur obronny zbudowany był z dwóch drewnianych ścian a przestrzeń między nimi wypełniano kamieniami, piaskiem lub ziemią. Taki mur zwano „horodnią” a do utrzymania go w dobrym stanie wyznaczano ludzi, którzy o to mieli dbać.

  Poza dbaniem o obronność zamku powinnością okolicznej ludności było dostarczać jedzenie, przeprowadzać potrzebne remonty a także opłacać różne podatki. I tak: od sprzedanego zboża – „pomierne”, od korzystania z dróg – „szosowe”, z mostów – „mostowe”, na utrzymanie starosty – „kolęda”, od sprzedaży napojów – „kapszczyzna”, od sprzedawanych towarów – „myto”, oprócz tego dochodziły daniny np. od warzenia napojów, wytwarzania wosku itp. Daniny te pobierano w tzw. królewszczyznach gdzie zamek i ziemie należały do króla a z jego ramienia rządził tam starosta. Ale zdarzało się, że prywatny właściciel nadanych dóbr, pomimo ulg także żądał różnych danin.

  Okres panowania Władysława IV to największy boom w budowie zamków. Powstawały ich setki na Ukrainie, Podolu, Wołyniu czy Rusi Czerwonej, która stała się prawie „krainą zamków” lecz bardzo wiele z nich nie zostawiło po sobie do dzisiaj żadnego śladu nawet w miejscowej tradycji.

  W wieku XV i XVI prawie co roku zdarzały się jakieś najazdy tatarskie bądź tureckie i miasta, osady, zamki były niszczone lecz w niedługim czasie zostawały odbudowywane i funkcjonowały do następnego najazdu. Po jakimś czasie część z nich zostawała opuszczona i zakładana w innym miejscu lub ponownie odbudowywana. Aby zapobiegać niespodziewanym napadom na ich szlakach powstało wiele zamków obronnych, które częściowo miały zapobiegać przedostawaniu się ord tatarskich czy tureckich w głąb kraju. W poprzek Ukrainy biegły jakby trzy linie obronne zamków. Również były trzy rodzaje straży a mianowicie: zamkowe, miejskie czyli ostrogowe i polne, które czuwały w stepach i w pobliżu szlaków tatarskich.

mongol

Oto jak przedstawiały się owe szlaki.

„Tatarzy mieli prawie stałe swoje szlaki, którymi od „pól dzikich” zapuszczali swe zagony w głąb Ukrainy. Szlak tatarski nie był drogą ani gościńcem kupieckim, ale nosił wyłączny charakter. Wszystkim wiadomy, był rzadko widomym. Znanym był jego ogólny kierunek, wymijający przeprawy przez większe rzeki, ale nie były znane nigdy poszczególne jego zwroty. Szerokość szlaku odpowiadała sile „czambułu”. Pospolicie rozciągał się on wszerz „na dwoje strzelanie z łuka”, ale nieraz, gdy szła cała horda, to i na mil parę. W pustyni oryentowano się mogiłami. Szlaki główne, po doprowadzeniu hordy lub czambułu do okolic zaludnionych, jako celu każdej wyprawy, dzieliły się na uboczne zagony, okrywające siecią kraj cały lub upatrzone jego części. Dopiero na tych ubocznych szlakach odbywały się łowy na zaskoczonych znienacka mieszkańców i ich dobro. Ponieważ szlaki większe odpowiadały wododziałom większych rzek Ukrainy, było więc ich tyle, ile samych wododziałów, mianowicie trzy: Szlak czarny, między dopływami Bohu i Dniepru; Kuczmański między Bohem i Dniestrem i Murawski między Dnieprem i Donem. Był jeszcze czwarty szlak Wołoski za Dniestrem, który z Budziaku, czyli nadmorskiej Bessarabii, prowadził na Ruś Czerwoną, ale ten Ukrainy nie dotykał. Trzy pierwsze miały za punkt wyjścia Perekop, od którego rozchodziły się w różne strony.
Szlak Czarny, po tatarsku „Dżorna islach”, rozpoczynał się właściwie dopiero w Czarnym lesie, od którego i nazwę swoją nosił, w uroczysku na wierzchowiskach rzeki Ingułu, gdzie Tatarowie „zapadali koszem”, dopóki się wszyscy nie zebrali.

   Szlak Kuczmański, rozdzieliwszy się ze szlakiem Czarnym u Martwych wód, przechodził na prawą stronę Bohu przez bród, zwracał się wododziałem Bohu i Dniestru aż ku granicy podolskiej, gdzie na wododziale z Rowem znajdowało się uroczysko Kuczman, skąd biegł już Podolem ku Lwowu, omijając Bar i Czarny Ostrów.
  Szlak Murawski od Perekopu biegł między dorzeczami Dniepru i Donu wzdłuż wschodniej granicy Ukrainy zadnieprskiej do Tuły i Moskwy”.

tatarzy
Tatarzy

 Zamkiem, który stał na skrzyżowaniu szlaków był Kamieniec Podolski a po prawej stronie Dniestru – Chocim. Aby umocnić zamek kamieniecki wybudowano przy ujściu Zbrucza do Dniestru warowny ziemny szaniec zwany Okopami Świętej Trójcy.

  Ponieważ Tatarzy przekraczali Dniestr w kilku miejscach (brodach) aby dostać się na jego lewą stronę zbudowano przy brodach szereg zameczków i warownych stanic. Miedzy innymi były to budowle w Mohylowie, Raszkowie, Jampolu i ciągnęły się aż do Jarholika. U zbiegu rzek Kiełbaśnej i Muraszki stanął zamek w Szarogrodzie. Inne ważne twierdze na tym szlaku to Bracław nad Bohem, Humań i Bar, który zamykał szlak Kuczmański.

  Szlak  Czarny strzegły zamki zbudowane między innymi nad rzeką Uszawą w Romanówce, Chwastowie i Hulanikach, nad rzeką Impenią – Chodorków, Kornin, Bszew, Białogrodka, Motyżyn i Hostomel. Zamków większych i mniejszych na różnych dopływach głównych rzek było bardzo dużo i trudno wszystkie je wymienić. Poza tym po zawarciu pokoju z Turcją w 1699 roku w Karłowicach ich obronne znaczenie bardzo zmalało i wiele z nich uległo zniszczeniu i zapomnieniu.

  Może ktoś się zastanawia po co więc było budować tyle niedużych zameczków skoro i tak przed atakiem większej ilości wojska nie były w stanie się obronić. Padały przecież dużo większe i potężniejsze zamki. Ale z Tatarami czy Turkami sprawa wyglądała tak, że ich głównym celem ataku było zebranie jak najwięcej łupów i jeńców (jasyru). Rozproszone małe oddziały (czambuły) rozjeżdżały się po okolicy i kto nie zdążył się schronić dostawał się do niewoli lub zostawał zabity. Nie oblegali oni ani warownych miast ani zamków gdyż nie to było ich celem. Jeżeli nie udał się atak z zaskoczenia odstępowali od zamku czy miasta i w polu szukali zdobyczy. Natomiast postawienie nawet niedużej warowni na brodzie utrudniało przeprawę przez rzekę gdyż pole manewru w wodzie nie było zbyt duże przez co straty chcących przedostać się na drugi brzeg były znaczne, opóźniało to dalszy marsz i jednocześnie odpadało zaskoczenie.

  Szukano różnych metod zabezpieczenia się przed tatarsko – tureckimi napadami. Na pograniczu Litwy i Korony stacjonowały kombinowane straże polsko – litewskie. W późniejszym okresie na straży Rusi i Podola stała jazda polska w sile od 1000 do 3200 koni. Tak było za panowania Zygmunta Starego. Lecz mniej więcej w połowie XVI wieku okazało się, że taki system jest już przestarzały i trzeba szukać nowych rozwiązań. Próbowano tworzyć oddziały z napływającej na tereny dolnego Dniepru ludzi z Rusi, Moskwy, Litwy czy Polski, z tatarska zwanych Kozakami lecz nie przyniosło to oczekiwanego skutku. Wciąż była groźba tatarskich najazdów. Stefan Batory uważał, że najskuteczniejszym sposobem zabezpieczenia Ukrainy przed tymi najazdami był podbój Krymu. Niestety śmierć Batorego nie pozwoliła na zrealizowanie tych planów a jego następca, Zygmunt III Waza, miał inne problemy na głowie.

kozacy
Kozacy

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Kresy